Dziennikarskim okiem

Podsumowania czas...

Kiedy na początku września przekroczyłem próg mojej nowej szkoły – IV Liceum Ogólnokształcącego im. gen. Stanisława Maczka – wiedziałem, że w tym momencie zaczyna się kolejny ważny etap mojego życia – zostałem licealistą. Na początku miałem wiele wątpliwości - czy wybrałem dobrą szkołę, czy odnajdę się wśród nowych koleżanek i kolegów oraz nauczycieli. Jednak po niedługim czasie stwierdziłem, że „Maczek” to był dobry wybór.

Klasę, w której jestem, oceniam pozytywnie. Sądzę, że jesteśmy grupą dającą się lubić, na co dzień pomagamy sobie wzajemnie, ale przede wszystkim jesteśmy zgrani. Wszyscy potrafią ze sobą rozmawiać i porozumieć się. Po roku odnoszę wrażenie, że jest to najlepsza klasa, w jakiej dotąd byłem. Mam tutaj wielu dobrych znajomych i myślę, że nasze relacje będą trwały także po zakończeniu nauki w liceum.

O naszych nauczycielach często słyszałem opinię, że są „w porządku”. To prawda - są dla nas mili, życzliwi i wyrozumiali, często można też z nimi porozmawiać na tematy wykraczające poza sprawy lekcyjne. Wiele razy wymienialiśmy poglądy
o sprawach bardziej „życiowych” i codziennych.

W ciągu tego roku można było dostrzec jak powstaje nowa infrastruktura sportowa szkoły. To dobra wiadomość dla wszystkich uczniów. Cieszy, że w nieodległej perspektywie jest oddanie do użytku nowej hali sportowej i przeprowadzenie modernizacji boiska i sali gimnastycznej. Myślę, że po oddaniu nowych obiektów do użytku, zajęcia sportowe będą jeszcze przyjemniejsze i bardziej różnorodne niż dotychczas.

Na plus oceniam także posiadanie przez każdą z sal rzutnika bądź telewizora – są bardzo pomocne i przydatne, a nie wszystkie szkoły posiadają takie wyposażenie.         

Warto wspomnieć też o szkolnej auli - miejscu, w którym odbywa się wiele istotnych szkolnych wydarzeń. Jest to ważne miejsce w naszej szkole, gdyż wielu osobom może kojarzyć się pozytywnie z powodu miłych dla nich wydarzeń i wspomnień. Niestety,  nasza aula jest już w wieku bardzo dojrzałym i z pewnością zasłużyła na remont. Mam nadzieję, że po odświeżeniu części sportowej, przyjdzie również czas na aulę.

Godny odnotowania jest tradycyjny wyjazd klas pierwszych do Stegny Gdańskiej, który miał miejsce w maju br. Spędziliśmy ciekawie i w dobrej atmosferze kilka dni na Pomorzu Gdańskim
i na pewno był to pozytywny akcent na zakończenie pierwszej klasy. 

Wszystko, co dobre mija zazwyczaj szybko i tak też było z moim pierwszym rokiem nauki w liceum. Wiele rzeczy się działo, wiele zaskakiwało zazwyczaj pozytywnie. Bywało, że opinie o naszej klasie nie były przychylne, ale z upływem czasu było już tylko lepiej. Był to rok szkolny, który uważam za jeden z lepszych
z wielu w moim uczniowskim życiu.

                                                                                                          Jakub, klasa I 


Sport z ogromnymi plusami - jazda konna

Julia podczas treningu


Jazda konna znana jest od wieków. Już w średniowieczu  na koniach jeździli rycerze. Jednak w dzisiejszych czasach jazda konno jest uważana za jedną z dyscyplin sportowych. Cieszy się coraz większą popularnością, gdyż ma niesamowicie wiele zalet. Oto niektóre z nich:

1.  Poprawia samopoczucie.
To zasługa dwóch czynników: interakcji ze zwierzęciem - nieczęstej w innych sportach - oraz częstego i długiego przebywania na świeżym powietrzu. To drugie dodatkowo wzmacnia układ odpornościowy i dotlenia mózg. 

2.  Wzmaga wydzielanie endorfin - hormonów szczęścia. 
Te naturalne substancje pokrewne morfinie powstają w mózgu podczas długotrwałego, ciągłego wysiłku fizycznego, aby zwiększyć wytrzymałość i wydolność organizmu. Ponad 80 procent respondentów w badaniu brytyjskim relacjonowało, że dzięki hipice czują się zrelaksowani, szczęśliwi i wolni od trosk. 


3.  Zmniejsza ryzyko chorób serca. 
Jak dowodzi opracowanie University of Brighton i Plumpton College, zarówno jazda konna (przede wszystkim kłus), jak i wszelkie czynności wykonywane w stajni to najzdrowszy rodzaj wysiłku o umiarkowanej intensywności, pozwalający utrzymać układ krążenia w dobrej kondycji. 

4. Poprawia koordynację ruchów i napięcie mięśniowe. 
To nabiera szczególnego znaczenia z upływem czasu, bo pozwala zmniejszyć ryzyko upadków tak niebezpiecznych dla osób starszych. Hipoterapia dla osób niedowidzących lub niewidzących poprawiała koordynację ich ruchów, refleks i pewność siebie. 

5.  Wzmacnia mięśnie. 
U jeźdźca szczególnie intensywnie pracują nie tylko uda i łydki, ale również górne partie mięśni, co pomaga wzmocnić i wyszczuplić sylwetkę. Jazda konna jest zalecana 
przez lekarzy dla poprawy postawy, wzmocnienia mięśni grzbietu i kręgosłupa. 

6.  Pomaga utrzymać wagę. 
Godzina jazdy konnej pozwala spalić 300-650 kcal (w zależności od intensywności ćwiczeń). Nie bez znaczenia jest też kolejna godzina 
w ruchu - oporządzenie i wyczyszczenie konia oraz posprzątanie stajni. 

7.  Poprawia trawienie i pobudza pracę wątroby.
Działając podobnie jak długi spacer, tak zalecany zwłaszcza po obfitym posiłku, bo umiarkowany ruch całego ciała poprawia ukrwienie narządów wewnętrznych. To jeden z ważnych powodów, dla których hipoterapia jest zalecana osobom jeżdżącym na wózkach. 

8.  Łagodzi bóle miesiączkowe i zmniejsza napięcie przedmiesiączkowe. 
Dziewczyny jeżdżące konno dużo pracują miednicą, jest ona ruchliwa, dokrwiona, dobrze rozciągnięta, a macica i jej okolice są dobrze ukrwione, odżywione. 

9.  Zapewnia długą karierę. 
W odróżnieniu od znakomitej większości innych sportów jazdę konną można z powodzeniem uprawiać do późnej starości. Najlepsi jeźdźcy na świecie to osoby, które mają 50-60 lat. Ten sport wymaga bardzo dużego doświadczenia i obycia z koniem, więc z każdym rokiem zawodnik ma coraz większe - a nie coraz mniejsze - szanse na podium. Najstarszą uczestniczką igrzysk olimpijskich była Lorna Johnstone z Wielkiej Brytanii. W 1972 r., mając 70 lat, uzyskała 12. lokatę w ujeżdżeniu. Jednym z najstarszych zawodników jest Japończyk Hiroshi Hoketsu. Po raz pierwszy wystartował na igrzyskach olimpijskich w konkursie skoków, gdy miał 23 lata. Potem odszedł z zawodowego sportu, zrobił doktorat, zajął się karierą naukową i rozkręcił własny biznes. Po przejściu na emeryturę powrócił do jeździectwa i już dwukrotnie zakwalifikował się do składu olimpijskiego w kategorii ujeżdżenia. Startował w Pekinie w 2008 r. i w Londynie w 2012. Nie ogłosił końca kariery. - Kiedy zająłem się ujeżdżeniem, pomyślałem, że to znacznie bardziej interesujące niż skoki przez przeszkody. Trzeba o wiele więcej wysiłku, żeby dobrze wytrenować konia, a do tego trzeba znacznie więcej myśleć - mówi. 

10.  Rozwija wrażliwość, intuicję i empatię, bo ze zwierzęciem nie można porozumiewać się słowami. Rozwija zmysł obserwacji. Wymaga refleksu, czujności i szybkiego podejmowania decyzji. Jest to więc rozrywka nie tylko fizyczna, ale też intelektualna. 

11.  Wzmacnia poczucie samodzielności, niezależności i odpowiedzialności. 
W tym sporcie jest się odpowiedzialnym za dwoje - za siebie i swojego zwierzęcego partnera. 

12.  Uczy cierpliwości. 
Zwłaszcza jeśli koń jest z tych, które "lubią mieć swoje zdanie". 

13.  Leczy. 
Już starożytni zauważyli, że żołnierze poturbowani w walce szybciej wracają do zdrowia, jeśli do obozu wiezieni są na oklep na końskim grzbiecie. Dziś hipoterapię zaleca się w walce z dziesiątkami chorób i przypadłości, m.in. ADHD, autyzmem, urazowym uszkodzeniem mózgu, urazami rdzenia kręgowego, porażeniem mózgowym, rozszczepieniem kręgosłupa, udarem, stwardnieniem rozsianym, dystrofią mięśniową, po amputacjach, przy deficytach poznawczych, upośledzeniu umysłowym, problemach z uczeniem się, zaburzeniach mowy, słuchu czy widzenia, przy kłopotach emocjonalnych, w terapii uzależnień i w terapii stresu pourazowego.



Można śmiało stwierdzić, że jazda konno jest sportem doskonałym. Oprócz tego, że mogą go uprawiać osoby w  każdym wieku, i jestem niesamowitym lekarstwem na wiele chorób, to zyskujemy coś, czego nie zyskamy w żadnym innym sporcie a mianowicie przyjaciela-konia.

Julia, Lilia, Marcel kl. Ia





Po co podróżować?



To pytanie może wydawać się powierzchownie proste, natomiast kiedy przyjdzie nam na nie odpowiedzieć zaczynają się schody. Część ludzi ogranicza swoje wyjazdy do ciepłych krajów, takich jak Egipt czy Turcja w okresie letnim, by leżeć nad basenem, a inna grupa podróżuje w celu zwiedzania muzeów. Co tak naprawdę nam to daje?



  • Podróże uczą

Z pozoru każdemu znany fakt, aczkolwiek nie wszyscy zdają sobie 

z niego sprawę. Uczniowie spędzają godziny na nauce geografii czy języka obcego, wystarczyłby krótki wyjazd do miejsca,
o którym się uczymy, a własne doświadczenia zdecydowanie szybciej weszłyby nam do głowy.

Inny kraj równa się inna kultura. Uczymy się całe życie, 

w szczególności, kiedy poznajemy nowe miejsca i zwyczaje. Podróże uczą tolerancji i różnorodności. Przy okazji możemy ćwiczyć język obcy w praktyce.


  • Odskocznia od codzienności

Wielu ludzi nie znosi rutyny, powtarzającego się schematu dnia, tygodnia czy miesiąca. Kiedy znajdujemy się w nieznanym nam wcześniej miejscu wszystko jest nowe. Budzimy się rano i nie mamy stałego schematu dnia.
Podróże pozwalają nam na pewien czas odciąć się od szarej rzeczywistości. Turyści skupiają się na poznawaniu nowych miejsc, a nie na codziennych problemach.

  • Poznawanie siebie

Podróże to doskonały sposób na odnalezienie własnych słabości i podjęciu próby walki z nimi. Jeśli uda się wygrać tę walkę – stajemy się lepszymi ludźmi. Zdarza się, że znajdujemy się w nowych, stresujących sytuacjach i poprzez obserwacje swojej reakcji i zachowania, możemy bliżej poznać samych siebie.


  • Nowy światopogląd


Zmiana miejsca powoduje zmianę sposobu postrzegania wielu życiowych spraw. Wychodząc poza obręb znanego nam społeczeństwa poznajemy nowych ludzi, ich podejście do życia
i problemy. Na przykład, kiedy na własne oczy zobaczymy ubóstwo niektórych części Afryki zaczniemy bardziej doceniać to, co mamy. Będziemy cieszyć się z małych rzeczy, których na co dzień nie dostrzegaliśmy.

***

Przeprowadziliśmy wywiad z Justyną Gołpyś, byłym koordynatorem do spraw organizacji kongresów medycznych w firmie Novartis w Warszawie, która swego czasu organizowała wyjazdy firmowe dla lekarzy (w których uczestniczyła), dzięki czemu zwiedziła znaczną część świata.

Po co według Ciebie podróżować?
 - Według mnie podróżuje się, żeby odkryć siebie, otworzyć się na nowe miejsca i nowych ludzi, poszerzyć swoje horyzonty i po prostu zobaczyć coś pięknego.

Jakie jest najciekawsze miejsce w jakim byłaś i dlaczego?
 - Jest wiele takich miejsc, np. Izrael. Kultura żydowska jest tak odmienna od naszej. Dziwne Morze Martwe, pustynia. Również  Mauritius, ekskluzywny, egzotyczny, taki raj na Ziemi; Stany Zjednoczone to tak różnorodny kraj, inna mentalność ludzi.

Gdzie chciałabyś się jeszcze wybrać, gdzie nie byłaś i dlaczego?
 - W Bieszczady. Nigdy tam nie byłam, a słyszałam, że są piękne, szczególnie jesienią. Dzikie, piękne. To jest to, czego najbardziej teraz potrzebuję.

Gdybyś mogła wrócić do jednego z miejsc, w których byłaś, jakie by to było?
 - Żadne. Chcę jeździć w nowe miejsca, których jeszcze nie odkryłam.

 Wiktoria, Weronika, Wiktoria kl. Ia





EMIGRACJA POLAKÓW DO ANGLII 

Emigracja to wyjazd za granicę na pobyt czasowy lub w celu zamieszkania na stałe. Opuszczenie kraju może mieć charakter dobrowolny lub przymusowy. Jaki kierunek emigracji obierają Polacy? Anglia. Kraj wchodzący w skład Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej. Stolicą Anglii jest Londyn, panuje w niej królowa brytyjska Elżbieta II. Państwo to jest monarchią parlamentarną, a siedzibą rodziny królewskiej jest Buckingham palace.  

Dlaczego nasi rodacy emigrują do tego kraju? Powody są różne, przykładowo większa możliwość znalezienia pracy oraz lepsze warunki socjalne (większy zasiłek np. za urodzenie dziecka, jest tam też łatwiej o mieszkanie). Kolejne przyczyny emigracji to lepsza opieka medyczna, większy nacisk na szkolnictwo i wykształcenie, a także pozycja kraju w Europie i na Świecie i lepsza obrona militarna.  







Początkiem emigracji był rok 2004, kiedy Polska weszła do Unii Europejskiej. Z roku na rok coraz więcej osób decyduje się opuścić nasz kraj. Liczby opisujące to zjawisko są ogromne. W 2004 roku liczba polskich emigrantów wynosiła zaledwie 1 000 000. W   ciągu 3 lat drastycznie wzrosła. W 2007 roku wynosiła już 2 270 000. Od tamtej pory liczba ta stopniowo malała, obecnie utrzymuje się na poziomie około 2 000 000 ludzi.  


Jednakże nie wszyscy emigranci zostają na stałe na obczyźnie. Wiele ludzi decyduje się wrócić do ojczyzny. Dlaczego? Polakom brakuje rodziny, nie radzą sobie z językiem lub wyjechali po to, by zarobić i wracają do kraju z dorobkiem. Niektórzy są nietolerowani i czują się zagrożeni. 



Duża ilość Polaków w Anglii przyczyniła się do rozwoju kulturowego, np. założono POSK- Polski Ośrodek Społeczno-Kulturalny w Londynie. Jest to stowarzyszenie zajmujące się promocją polskiej kultury i sztuki w Wielkiej Brytanii. Prowadzone są również polskie magazyny, m.in. Cooltura Polish Weekly Magazine lub Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza. Według ONS obywatele Polski stanowią największą mniejszość narodową w Wielkiej Brytanii.



Większość czasu, który Polacy spędzili w Anglii, związana była z ich walką o niepodległość i suwerenność naszego kraju w XX wieku. Podsumowując, największa liczba Polaków emigruje właśnie do Anglii, ponieważ, to tam właśnie zapuszczają korzenie, dobrze zarabiają, kupują mieszkania i z takich i innych powodów ściągają rodziny.






Doceniać - co to właściwie znaczy?



Słownikowa definicja charakteryzuje słowo doceniać jako dostrzegać wartość kogoś lub czegoś; cenić coś wysoko. A co to w praktyce oznacza?

Docenianie to zauważanie, pozytywne ocenianie kogoś lub czegoś. Zazwyczaj tyczy się ono rzeczy, osób lub wydarzeń niecodziennych, "dużych", które zazwyczaj nie mają miejsca w naszym codziennym życiu. Z milionów rzeczy, jakie wydarzają się każdego dnia wyodrębniamy zazwyczaj tylko te "większe", które doceniamy. Jesteśmy nieraz za nie wdzięczni, także dlatego, że być może długo na nie czekaliśmy. Sprawy "małe", które dzieją się praktycznie zawsze pomijamy, nie zwracając na nie uwagi i nie doceniamy ich. Nie wiadomo dlaczego tak się dzieje, przecież są one równie ważne i zdecydowanie warte takiej samej uwagi, jak te "duże". 

"Małe" rzeczy to np:

-zjedzone śniadanie,
-"dzień dobry" usłyszane od twojego sąsiada,
-przebywanie w miejscu, gdzie jesteś bezpieczny,
-usłyszane "Lubię Cię" lub "Kocham Ci" od innej osoby,
-widok pięknego zachodu słońca,
-przebudzenie się i możliwość ponownego odkrywania świata,
- przebywanie w pięknym miejscu,
-śmiech innych z opowiedzianego przez Ciebie żartu,
-relaks,
-dobra relacja z przyjaciółmi.

Czy wszystkie te rzeczy nie wydarzają się Tobie każdego dnia? Przynajmniej część z nich? Dużo ludzi chciałoby żyć jak Ty, być w miejscach, w których Ty byłeś, mieć obok siebie osoby, które je kochają jak Ciebie, robić rzeczy jak Ty. Ale nie mogą lub nie mają tyle szczęścia. A jednak czasami ci najbiedniejsi doceniają wszystko co mają bardziej od Ciebie, a nie mają prawie nic.

Codziennie dostrzegaj te „małe rzeczy” bo to właśnie one tworzą twój dzień. 

Zosia, Michał, Kuba Ia



WOLONTARIAT 

BO WARTO...





Zacznijmy może od tego, czym jest wolontariat?


Pomimo, że doskonale znamy to pojęcie, często słyszymy je w mediach, czy używamy, opisując swój weekend znajomym, niektórzy nie wiedzą co ono oznacza. Wolontariuszem określa się osobę, która świadomie wykonuje jakąś czynność na rzecz innych (całego społeczeństwa, fundacji lub jednej osoby). Warunkiem jest, by praca ta była wykonana bezinteresownie, nieodpłatnie i poza znajomościami. Czyli, prościej mówiąc, jeśli pomagamy na przykład babci w myciu okien i po wykonanej pracy dostajemy od niej pieniądze, nie możemy nazwać się wolontariuszem.


Skoro nie czerpiemy z takiej pomocy korzyści materialnych, to co z tego mamy?


 Wolontariat niesie za sobą wiele korzyści. Jednymi z najważniejszych są satysfakcja płynąca z pomocy innym, czy doświadczenie w pracy z innymi ludźmi, co często jest ważne dla pracodawców. Pomoc ludziom wpływa także dobrze na naszą psychikę, czujemy się potrzebni, otrzymujemy uznanie ze strony innych, dzięki czemu nasza samoocena wzrasta.  Poznajemy nowych ludzi, nie tylko naszych podopiecznych, ale również innych wolontariuszy oraz uczymy się nowych umiejętności.


 W naszej szkole aktywne jest kółko wolontariatu prowadzone przez szkolną Panią pedagog, Hannę Żyrek.

W ramach kółka można zapisać się na wolontariat w domu dziecka, fundacji oraz szpitalu. Dodatkowo osoby uczęszczające na wolontariat organizują różne zbiórki, np. Szlachetna Paczka, zbiórka karmy dla schronisk, więc pomagamy nie tylko ludziom, ale także zwierzętom, które nie mają swojego przytulnego domu.

Mamy nadzieję, że wspólnie zachęciłyśmy Cię do udziału w bezinteresownej pomocy innym.






Hania, Małgosia i Paulina

IA


Fotografia – jak zacząć?



Praktycznie każdy z nas sięgnął kiedyś po aparat i zrobił zdjęcie. Trzeba było sfotografować obiekt widziany w czasie wakacji, rodzinę w czasie wypoczynku lub uwiecznić piękny krajobraz. Najczęściej używanym do tego celu jest aparat w telefonie, który towarzyszy nam już prawie nieustannie. Wiele osób robi zdjęcia tak po prostu, z konieczności i bez większego entuzjazmu czy zamiłowania do tej czynności. A co, jeśli czujesz w sobie to „coś” i chcesz zacząć na poważnie przygodę z fotografią? 

1. Najważniejsze są chęci. Aby coś osiągnąć, powinieneś się starać i angażować na tyle ile potrafisz. 

2. Nawet najlepszy sprzęt nie uczyni cię fotografem, jeśli nie masz umiejętności i wiedzy. Do rozpoczęcia przygody z fotografią nie jest potrzebny profesjonalny aparat – wystarczy smartfon i wcześniej wspomniane chęci. Nie powinno zaczynać się od zakupu kosztownego aparatu – na początku wystarczające jest, aby opanować do perfekcji obsługę aparatu w telefonie (co nie jest przesadnie trudne), by następnie osiągnąć wyższy „level” aparatu, czy też lustrzanki. Aby potrafić użyć każdej z jej funkcji, należy posiadać podstawowe umiejętności obsługi. Oczywiście można fotografować z użyciem automatycznych ustawień, jednak - według mnie - mija się to z celem zakupu lustrzanki, jakim jest samodzielny dobór parametrów aparatu.  




3. Pierwsze zdjęcia nie będą idealne, ale nie należy się tym zrażać. Początki są zawsze trudne. Żaden z fotografów nie urodził się nim lecz nabył swoje umiejętności z biegiem lat. Zresztą prawie każde z pozoru nieudane zdjęcie da się „uratować” przy pomocy programu do obróbki zdjęć – mówię to mając swoje doświadczenia w tym zakresie. 





4. Warto oglądać zdjęcia profesjonalnych fotografów i starać się robić podobne zdjęcia. W tym przypadku, wzorowanie się na nich jest wręcz wskazane. Łatwiej robi się zdjęcia, wzorując się na innych, niż próbując coś samodzielnie „wynaleźć” i otwierać otwarte już drzwi.





5. Najlepiej zaczynać od prostych kadrów, dobrze oświetlonych, nieporuszających się. Będzie wtedy prościej o ostre, nierozmazane zdjęcie dobrej jakości. Sprawi to również, że będziemy się czuli lepiej z powodu udanego zdjęcia. 


6. Warto poszerzyć swoją wiedzę poprzez uczestnictwo w kursie fotograficznym. Eksperci w tej dziedzinie, prowadzący kurs, nauczą cię teorii oraz pomogą ci opanować obsługę sprzętu fotograficznego w praktyce. Jest to dobry sposób edukacji w tym kierunku, gdyż możesz wyciągnąć z tych zajęć więcej dla siebie, niż w przypadku samodzielnej nauki.

7. Jeśli masz taką możliwość, zasięgnij rady innego fotografa lub osoby doświadczonej w fotografii. Najlepiej, gdy będzie to twój znajomy lub członek rodziny, gdyż na pewno będzie ci łatwiej spytać o więcej rzeczy osoby znajomej, niż obcego człowieka. Gdy już zrobiłeś kilka lub kilkanaście zdjęć, warto mu je pokazać i spytać o ocenę, co można by zmienić, a co jest dobre w tym zdjęciu. Pomoże to unikać podobnych błędów
w przyszłości. 




POWODZENIA !




Kuba, kl. I

 


Ostatni krzyk mody



Każdy zdaje sobie sprawę z tego, że wygląd jest wizytówką człowieka. Na własnym przykładzie możemy się przekonać, że pierwszą rzeczą, na jaką zwrócimy uwagę u nowo poznanej osoby jest to, jak wygląda i jak jest ubrana. Nie jest to nic dziwnego, bo w końcu jak mamy ocenić charakter osoby, którą widzimy pierwszy raz? Już w średniowieczu wygląd był wyznacznikiem statusu społecznego. Można to zobrazować na przykładzie króla odzianego w drogie szaty i chłopa, który w starych i potarganych łachmanach pracuje w polu.
Mówi się, że to, jak wyglądamy i jak się ubieramy obrazuje naszą osobę, czy odzwierciedla nasz charakter. Czy na pewno tak jest? W czasach, w których żyjemy większość ludzi ubiera to, co jest modne w aktualnym sezonie. Często nie ubieramy tego, w czym czujemy się dobrze, tylko to, co narzucają nam domy mody. Trzęsą nimi osoby, które dobrze wiedzą, co w kolejnym sezonie spodoba się ludziom.
Moda jest ostatnio bardzo popularnym sposobem na całkiem niezły zarobek. Nie chodzi mi tutaj o wielkie pokazy mody, czy o samo sprzedawanie ubrań, lecz o bardzo popularne blogerki, czy instagramowe modelki. Są to dziewczyny z ulicy, które zarabiają nie małe pieniądze na dodawaniu swoich zdjęć w umówionych stylizacjach. Najpopularniejsze z nich wyjeżdżają nawet za granicę na specjalne kampanie, zapraszane są także na popularne pokazy mody itp. Krotko mówiąc, łączą przyjemne z pożytecznym.
Duża część ludzi lubi się też wywyższać poprzez swój styl. Robią to, dumnie nosząc buty, ubrania, dodatki, które pochodzą od znanych projektantów. Wielkie logo na środku koszulki sprawia, że czują się lepsi. Są również tacy, którzy po prostu przechwalają się swoimi zdobyczami, tylko po to, żeby każdy wiedział, na ile ich stać. Większość z tych ludzi ciężko pracuje po to, żeby wydać pieniądze na drogie rzeczy, żeby zaimponować innym ludziom. Jest to już niestety niezdrowa przesada.
Prawdą jest to, że wszystko jest dla ludzi, tylko do wszystkiego trzeba podchodzić z głową i mieć umiar. Nawet do tak codziennej sprawy, jaką jest moda trzeba podchodzić z dystansem i nie dać wprowadzić się w obłęd.



Boing boing. Odlotowe Narzeczone

czyli...

Maczek w Bagateli




                Dnia 15 grudnia 2017 roku wraz z nauczycielami i innymi uczniami mojej szkoły pojechałam do Teatru Bagatela w Krakowie.
                Spektakl nosił tytuł: „Boeing boeing – Odlotowe narzeczone”. Jego reżyserem był Paweł Pietra. Tłumaczeniem tekstu zajął się Bartosz Wierzbięta, który kilka lat temu przetłumaczył film „Shrek”. Osoby, które nie były na tym spektaklu mogą się domyślać, że B. Wierzbięta, podobnie jak w filmie, wspaniale poradził sobie ze swoim zadaniem. Tekst bawi i przede wszystkim nie widać, że mamy do czynienia z tłumaczeniem. Wszystko wygląda tak, jakby działo się w Polsce. Główny bohater, Maks (Marek Kałużyński) spotyka się z trzema kobietami, które są stewardessami. Dziewczyny nie wiedzą o swoim istnieniu, a wszystko idzie tak dobrze ze względu na plan lotów. Dziewczyny nigdy nie są o tej samej porze w Warszawie. Dzieje się tak do czasu aż grafik lotów nie ulegnie zmianie… Dodatkowo przyjeżdża stary przyjaciel Maksa – Paweł (Michał Kościuch), który próbuje pomóc mu uporządkować powstały bałagan. Pomaga im również rosyjska gosposia – pani Nadia (Ewa Mitoń). Maks postanawia wybrać jedną z kobiet, ale każda z nich jest innej narodowości, a co za tym idzie mają różnorodną urodę i osobowość. Jedna ze stewardess jest Amerykanką (Małgorzata Piskorz), druga Polką (Aleksandra Chapko), a trzecia Niemką (Aleksandra Godlewska). Spektakl jest pełen zwrotów akcji i nieprzewidywalnych wydarzeń. Dużym plusem jest to, że aktorzy nie muszą udawać, że coś robią, np. jeśli piją wodę to mają szklankę z wodą, a nie pustą. Gra aktorska była naprawdę wspaniała. Według mnie najlepsza była Małgorzata Piskorz, która pokazała się jako prawdziwa Amerykanka. Natomiast Aleksandra Godlewska miała okropny akcent – bardziej francuski niż niemiecki. To był duży minus, a aktorka nie do końca mogła wcielić się w swoją rolę. Jednak najlepszą postacią była pani Nadia, która miała wspaniałe, tzw. „cięte riposty”, umiała idealnie skomentować zaistniałą sytuację.
                Bardzo podobał mi się ten spektakl. Był chwilą oderwania od rzeczywistości. Na 135 minut można było zapomnieć o swoich problemach, dać ponieść się emocjom i odpocząć. Uważam, że jest to spektakl dla wszystkich. Jest on wpisany do księgi rekordów Guinessa za rekordową ilość wystawień. Bardzo chętnie poszłabym na tę sztukę jeszcze raz, tym bardziej, że są dwie obsady i chciałabym zobaczyć ten spektakl w innej.
Uczennica klasy III

„Lista Schindlera”
będąca dziełem Stevena Spielberga, to dramat wojenny z 1994 roku. Scenariusz powstał na podstawie książki Thomasa Keneallego. W 1993 roku film został nagrodzony siedmioma Oskarami, w kategoriach: najlepszy film, najlepsza reżyseria, najlepszy scenariusz adaptowany, najlepsze zdjęcia, najlepsza scenografia i dekoracje wnętrz, najlepsza muzyka, najlepszy montaż. Ten obraz bez wątpienia zasługuje na wszystkie zdobyte nagrody i nominacje.
     Na największą uwagę zasługuje oczywiście postać i przemiana Oskara Schindlera. Schindlera poznajemy jako bezdusznego, niemoralnego przedsiębiorcę, który prowadzi libertyńskie życie i, mimo obrączki na palcu, kocha poznawać bardzo blisko nowe kobiety. Chce wzbogacić się poprzez wyzysk żydowskich pracowników. Traktuje wojnę jako okazję do łatwego zdobycia wielkiego majątku, nie jak tragedię czy katastrofę. Próbując ubić interes życia, jest świadkiem wydarzeń, które kształtują jego charakter i reformują światopogląd. Przebiegły i zachłanny biznesmen zmienia się nie do poznania, a wraz z nim zmienia się także jego otoczenie. Odtwórcą roli Oskara Schindlera został Liam Neeson, który fenomenalnie zinterpretował tę rolę, ukazując całą gamę swoich umiejętności. Chciałabym odnieść się do kontrowersji, które wywołało przedstawienie postaci Schindlera. Wiele jest głosów, które mówią, że film Spielberga to próba „wybielenia” Niemców oraz pozbawienia ich odpowiedzialności za dokonane zbrodnie. Absolutnie nie zgadzam się z tą opinią, ponieważ inni naziści nie są obrazowani pozytywnie, nie mają wzbudzać w widzach sympatii, wręcz przeciwnie.
     Poza Liamem Neesonem, także inni aktorzy zaangażowani w tę produkcję popisali się swoim kunsztem. Był to np. Ralph Fiennes, który niezwykle wiarygodnie przedstawił bezduszną, niestabilną emocjonalnie i okrutną postać Amona Goetha. Ben Kingsley wcielił się w bardzo wymagającą rolę księgowego, czyli prawej ręki Schindlera.  Występowały także nasze rodzime gwiazdy, takie jak Anna Mucha, Jacek Wójcicki, czy Paweł Deląg. 
     Seans, na którym miałam okazję być w ramach szkolnych zajęć, jak żaden inny, wzbudził we mnie bardzo intensywny żal. Nie dlatego, że miałam poczucie zmarnowanego czasu. Było mi żal, że nie zobaczyłam tego filmu wcześniej. Było mi żal również dlatego, że wielu Polaków nie miało z tą historią żadnego kontaktu. Obraz Spielberga to coś, co każdy powinien zobaczyć możliwie wcześnie, po osiągnięciu pewnego stopnia dojrzałości emocjonalnej. Moim zdaniem ta interpretacja wydarzeń z czasów II wojny światowej otwiera oczy na tragedie i cierpienia, które miały miejsce w nazistowskich obozach zagłady, a także na różne postawy, które pozwalały ludziom radzić sobie z otaczającą ich rzeczywistością. Jedyne czego mi w filmie zabrakło, to motywu Polaków pomagających Żydom.
Podsumowując: dzieło Spielberga to doskonała lekcja historii dla tych, którzy dopiero zaczynają zgłębiać tematykę obozów zagłady.  Ta niezwykle wzruszająca produkcja, używając modnego obecnie sformułowania, to absolutny „must have” na półce każdego kinomana.


O komunikacji miejskiej słów kilka...

Obecnie wielu ludzi porusza się komunikacją miejską. Z pozoru jest to bardzo wygodne i łatwe dla osób, które nie mają prawa jazdy. Tak naprawdę jednak wcale nie musi być to taka przyjemna sprawa. I nawet nie mam tu na myśli ścisku i wysokiej temperatury w lecie, tylko współtowarzyszy podróży.
            Jednym z najgorszych typów pasażerów są ci, którzy chyba zapomnieli, do czego służy mydło. Jak taka osoba siada w moim pobliżu, zawsze zastanawiam się, czy ktoś wniósł do autobusu ocet, wypił kilka piw, czy po prostu dawno nie odwiedził łazienki. A to tylko wierzchołek góry lodowej!
            Kolejni są ci, którzy myślą, że wszystkich pasażerów interesuje ich życie prywatne. Odbierają telefon i wykrzykują do niego detale jakiejś, jakże ważnej, sytuacji, która ich ostatnio spotkała. Często nawet po wyjściu z autobusu potrafię przytoczyć, o jakie buty biła się pasażerka ze swoją przyjaciółką Iloną, której tak naprawdę wcale nie lubi. I to, mimo że siedziałem na drugim końcu autobusu! To może być prawdziwie frustrujące, jednak chyba najgorsze są staruszki, które myślą, że należy im się właśnie to miejsce, na którym siedzę. I nic je nie obchodzi fakt, że identyczne wolne miejsce znajduje się nawet bliżej drzwi. Najśmieszniejsze jest to, że mówią, jakie one nie są schorowane i zmęczone, a gdy tylko ich ulubione miejsce jest wolne, biegną do niego na złamanie karku.
            Równie denerwująca może być też sytuacja odwrotna. Mianowicie kiedy do autobusu wchodzi osoba naprawdę schorowana lub kobieta w ciąży, a ludzie miejsca nie ustępują. A do tego faktu przyczyniają się również kobiety, które muszą odłożyć na miejscu obok swoje zmęczone zakupy.
            Na szczęście czasami zdarzają się też sytuacje godne podziwu i naśladowania, które przywracają wiarę w ludzkość. W tegoroczne lato miałem jakże ogromną przyjemność jechać nagrzanym autobusem z zepsutą klimatyzacją. Warunki nie były łatwe i z powodu ciepła jedna dziewczyna zemdlała i osunęła się z krzesła. Kilka osób zajęło się nią i zaczęło ją cucić. Do czasu przyjazdu karetki sytuacja była już opanowana.
            Właśnie takie przypadki pozwalają mi sądzić, że może kiedyś będzie lepiej. Ludzie powinni się zmienić i robić chociażby tak małe rzeczy jak cichsze rozmawianie przez telefon, czy niewszczynanie awantur o ulubione miejsce w autobusie. A dla wszystkich tych, którzy nie chcą się dostosować, znacznie odpowiedniejsze będą taksówki.
Tomek, kl. 2





Remigiusz Kowalski - Daczkowski



Jesienny wieczór, deszcz przestał padać. Dla mnie idealna pora na samotny spacer po osiedlu Tysiąclecia. Samotny... inaczej. Fizycznie idę sam, ale towarzyszy mi muzyka - nieodłączna część mojego życia. Dzisiaj potrzebna jak nigdy, bo muszę napisać jak Ona wpływa na człowieka.
Powiedzieć, że ten wpływ jest ogromny to jak nie powiedzieć nic. Serio już przed samym wyjściem, jeszcze nie założyłem słuchawek, a w mojej głowie mnożą się sposoby i przykłady Jej wpływu na nas. Już sama forma jaką używam "Ona", jakby była osobą zupełnie jak Ty, albo Ja. Nie wiem czemu, ale do każdego rodzaju sztuki czuję jakiś szacunek. Każdy efekt pracy człowieka należy szanować, ale nie oznacza to, że powinien być wolny od krytyki. Pamiętajmy o tym, bo wydaje mi się, że akurat o obu tych aspektach wielu lubi zapominać.

Oaza spokoju Jeszcze nie wyszedłem, a już mam jeden, wyraźny wpływ. Muzyka uspokaja. Nie bez powodu nazywa się ją "masażem dla mózgu". Niezwykle trafne, ale samego masażu nie lubię. Dlatego, używając eufemizmu, nie jestem fanem disco polo i muzyki typowo klubowej. Chociaż zdaję sobie sprawę, że ta idealnie uspokaja umysł (ale i pobudza ciało) jednak wolę relaks produktywny. Wiecie, że żeby ten czas zaprocentował i nazajutrz pojawiło się coś więcej niż kac.

Jak tylko rozważam o muzyce jako tej oazie, automatycznie mam przed oczami klatki z filmu "Ghost Dogg: Droga samuraja". Tajemniczość i nietypowość głównego bohatera jest na tyle ogromna, że do tej pory nie jestem pewny jego zachowań. Otóż mamy do czynienia z... czarnym samurajem. I nie tylko jego kimono ma kolor węgla, ale i jego skóra. Połączenie przyznacie nietypowe, wywołujące uśmiech politowania, bo "Jak murzyn może być samurajem?" przecierali łysi panowie oczy, które zalały się łzami przez śmiech (o muzyce skinów też będzie, ale to potem). Wracając, może być, studiując "Hagakure" Dogg pojął system wartości japońskich wojowników i mógł spłacić dług, który pojawił się wraz z ratunkiem, który otrzymał od miejscowego mafiosy. Długi należy spłacać, więc stał się jego wasalem. A jak szogun działa w świecie przestępczym to jego dłużnik zostanie albo złodziejem, albo dilerem, albo płatnym zabójcą. Dogg wybrał tą ostatnią opcję. I tutaj przechodzimy do "części muzycznej". Ghost Dogg ma swój rytuał przed wykonaniem zlecenia: kradnie samochód, którym udaje się na miejsce zbrodni, a w trakcie jazdy puszcza muzykę (a jako, że RZA był odpowiedzialny za Nią, więc rap króluje w całym filmie). I właśnie, tajemniczość głównego bohatera nie daje jednoznacznej odpowiedzi. Czy potrzebuje się uspokoić przed mordem? Czy po prostu skoncentrować? A może jedno i drugie? Potęgowanie nienawiści Nie wiem czemu, ale człowiek w swojej naturze lubi nawet coś tak pozytywnego jak sztuka wykorzystać do czegoś negatywnego. Używam tutaj po raz kolejny eufemizmu, bo jakbym nie zachowywał powściągliwości to zapewne dostałbym po głowie za używanie niecenzuralnych słów. Nienawiść. Nienawidzę tego uczucia.

Wiem jak to wygląda, ale tak jest. Ze względu na ułożony w mojej głowie światopogląd i system wartości uważam siebie za pacyfistę. Jednak piękno świata polega na jego różnorodności, która w tym przypadku nie przywdziewa twarzy Wenus z Milo. A paskudną gębę jednej z dwóch staruch jedzących zupę (obraz Goyi). Istnieją bowiem ludzie, którzy kochają nienawiść do drugiego człowieka. Po prostu, dla mnie to dalej niepojęte.
Tutaj zahaczamy o wspomnianych wcześniej skinach. I w tym miejscu muszę się przyznać, że kiedyś ich muzyki słuchałem (i to w sumie chyba to ukształtowało najbardziej mój światopogląd, w myśl sentencji Kartezjuesz: Dubito ergo cogito, cogito ergo sum), więc mam pełniejszy pogląd od raczej większości z Was.

Muzyka Honoru, czy Konkwisty 88, pomimo dużej jakości estetycznej, jest przepełniona czystym jadem nienawiści do drugiego człowieka. Podstawą tekstów jest neonazizm (są Polakami), więc w głównej mierze obrywa się Żydom, ale mają też teksty antychrześcijańskie. Wynika to z umiłowaniem do mitologii nordyckiej. Wiecie czują się wikingami (dalej są Polakami) i tak dalej.
Zostawmy ich jednak, bo i tak za dużo miejsca im poświęciłem. Jako, że jestem świeżo po lekturze "Roku 1984" Orwella jestem w stanie przekazać wam kolejny przykład negatywnego wykorzystania muzyki. Chodzi o opisane w tej książce "Dwie Minuty Nienawiści". W świecie tam przedstawionym jest to codzienny rytuał każdego mieszkańca Oceanii. Partia tym samym utwierdza społeczeństwo ma wroga, w postaci Bractwa z Goldsteinem na czele, gdzie faktycznie jest to wróg Partii. Muzyka w tym seansie nienawiści ma na cele wpłynąć na odbiorcę tak, by ten aż wstał i rzucał przedmiotami w teleekran. Co oczywiście przynosi pożądany skutek.

Bunt "Olevvaj system", "Dezerter", czy niepozorne "Pod McDonaldem". To trzy z naprawdę wielu punk rockowych kawałków, które swego czasu królowały na moich playlistach. Punk = Bunt. To oczywiste jak 2+2. Rozdrabniać to na czynniki pierwsze nie mam zbytnio zamiaru, bo patrz fragment o niecenzuralnych słowach. Punk = wulgarność, bród. To również oczywiste. Zajmę się więc bardziej "elitarnym" objawem buntu. Mianowicie twórczość Jacka Kaczmarskiego. W PRL-u wolność słowa była jak Azjatycka Fundacja Praw Człowieka, no po prostu nie istniała. Jednak nasz bard potrafił stworzyć ogrom wierszy, które potem śpiewał do akompaniamentu gitary (a jak się pojawił Zbigniew Łapiński to i pianino się pojawiło, a jak Przemysław Gintrowski się dołączył to już w ogóle, legendarne trio). Jego (ich) twórczość była na tyle niewygodna dla systemu, więc zmusiło to ich do emigracji, na Zachód. Z pośród 1000 wierszy, najsłynniejsze okazały się "Mury", które na przekór autorowi okazały się pieśnią mass. Taka ironia losu. Jednak to fakt, "Solidarność" z tą pieśnią na ustach walczyła z systemem. Motywacja i rozwój

Wróćmy jednak do pozytywów, bo tych jest więcej i bardziej jednak na nich chcę się skupić. Także no ręka do góry kto słyszał chociaż jeden motywacyjny kawałek? Ja słuchałem ich od groma. I tak lecą tam oklepane slogany, ale jednak do kogoś to trafia. Moim ulubionym jest "Zabiłem grubasa", solowy track Nullizamtyka (tego samego co tworzył Trzeci Wymiar), w którym "zabija" swojego grubasa. Jest to oczywiście przenośnia, bo tytułowy grubas to... jego brzuch i mentalność ciągłej robienia masy. Patrycjusz Kochanowski (bo tak się Nullo nazywa) opowiada na bicie o swojej walce z samym sobą na siłowni. Robi to w taki sposób, że słuchając po raz kolejny, sam zapisałem się swego czasu na siłkę (ehhh i chyba znowu muszę). A to już tylko potwierdza, że muzyka stworzona przez Nullo i DJ Creona (bo to on wyprodukował bit) skłoniła człowieka do wzięcia się za siebie (u mnie z zerowym skutkiem, ale na fanpage'u Nullizmatyka można było zobaczyć wiele zdjęć i przeczytać wiele historii fanów twórczości Nulla). Ale rozwój to nie tylko pakowanie na siłce. Zostańmy jeszcze przy Trzecim Wymiarze, ale jako całości. Chłopaki z Wałbrzycha, jako skład, byli jednymi z najlepszych w Polsce. Jednak bez ciągłego rozwoju i poszerzaniu horyzontów nie dostaliby się na szczyt. Są tego świadom i wiele razy podkreślali to w swoich kawałkach, czy to solowych (jak np Szada - "Wszystko zaczęło się od czystej kartki"), czy jako skład (np.: "Nie ważne jak zaczynasz..."). Do mnie najbardziej przemawia jednak numer "I nie ma dnia bym o tym nie pamiętał" tytułowe "o tym" odnosi się do rozwoju muzycznego, bo jak to zaznaczają bez muzyki ich by nie było, a żeby się w tym biznesie utrzymać to trzeba się rozwijać.
Szczęście, po prostu
Na zakończenie tego wywodu postanowiłem zająć się najlepszym wpływem muzyki. Takim, który sprawia, że bez wahania podpisuje się pod modernistycznym hasłem Eviva l'arte! Muzyka daję szczęście, potrafi jespotęgować i wydłużać w nieskończoność. Wiedzą o tym najlepiej reprezentanci stylu reggea. Wspominam tu o nich, bo musiałem, po prostu musiałem, w tym tekście wspomnieć o postaci Boba Marley'a. To jaką On niepowtarzalną muzykę dał ludzkości to po prostu brak słów. Sam, chcąc spędzić wieczór po jamajsku wybieram właśnie jego. A moment kiedy leci już muzyka i Bob zaczyna śpiewać... Uśmiech na twarzy pojawia się automatycznie.

To chyba tyle. Ważne, żebyście wiedzieli, że ten temat jest bez wątpienia osobisty. Więc pewnie w wielu sprawach się zgodzimy lub nie. Jednak jak już wspomniałem świat jest piękny, bo różnorodny. Polecam wyjdź na chociaż jeden taki spacer jak ja, a wiele się o sobie dowiesz, zapewniam Cię.





Tym razem jedna z naszych uczennic podzieli się z nami swoimi uwagami na temat związany z ekologią. W niewinnie zaczynającym się artykule dowiedzie, że uczniowie IV LO są otwarci na to, co dzieje się w otaczającym ich świecie, są bystrymi obserwatorami i komentatorami rzeczywistości.

          Nareszcie weekend! Czas, w którym choć na chwilę człowiek może oderwać się od codziennych obowiązków i problemów. Wolno nam wtedy zrobić coś zupełnie innego, nieszablonowego.

          Ja najbardziej lubię spędzać ten czas na łonie natury. Wraz z rodziną wybieramy się wtedy do naszego małego domku w górach, w okolicę Milówki, w powiecie żywieckim. Staramy się tam zrelaksować oraz zebrać siły na nadchodzący ciężki tydzień. No właśnie – STARAMY SIĘ! Nie da się jednak uciec od wszystkich trudności. No po prostu się nie da! Kiedy to przyjeżdżasz w swoje ulubione miejsce i zamiast śpiewu ptaków, błękitnego nieba i szumu drzew, zastajesz widok leżących pali, gęstego dymu i jednego, wielkiego, łysego placka. Nastaje taka pustka… Lasy, które jeszcze niedawno były nam tak dobrze znane, które przyciągały nas swoją dzikością i naturalnością, teraz zostały doszczętnie wykarczowane. Jedynie co pozostało, to nic niewarta przestrzeń i dowody zbrodni w formie martwych drzew. I co można zrobić? Chyba tylko zadać pytanie – dlaczego?
          Rozumiem, że drewno w dzisiejszych czasach jest bardzo  potrzebne. Ma takie właściwości, którym nie dorównują żadne inne materiały budowlane. Ale nawet jeśli, to nie przesadzajmy! Jak chcemy aż tak wiele pozyskać z naszych lasów, to nauczmy się przynajmniej dawać też coś w zamian. Możemy przecież wziąć przykład z naszych północnych sąsiadów, którzy stosując gospodarkę racjonalną wycinają drzewa, ale też je sadzą. Ale nie! To przecież zajmuje za dużo czasu, za dużo pieniędzy! Zawsze coś źle. Do tego dochodzi jeszcze narzekanie, że grzyby nie obradzają tak jak kiedyś, że owoców leśnych jest coraz mniej, a dzikie zwierzęta zapuszczają się na tereny zamieszkałe. No a gdzie ta zwierzyna ma żyć? Jak niszczymy ich dom, stołówkę i jednocześnie schronienie. Przecież nie zaczną one nagle przebywać na 5 metrach kwadratowych, a grzyby rosnąć na środku chodnika.
          Jeszcze jedna sprawa nie daje mi spokoju, a która w tym wszystkim jest chyba najbardziej niezrozumiała. Kiedy ostatnio przebywałam w górach, miałam niezwykłą okazję do porozmawiania o całym tym zdarzeniu z osobą, która w tym temacie orientuje się chyba najbardziej. A mianowicie z samym leśnikiem. Tak więc zapytałam się go:
- Proszę Pana, tak właściwie to dlaczego w ostatnim czasie tak wiele drzew zostało wyciętych? Czy kryje się za tym jakiś konkretny powód?
- Oj tak – odpowiedział mi – To jest bardzo ważne dla ogólnego stanu zdrowia lasu. Wiele drzew ostatnio choruje i nie chcemy, żeby ta przypadłość zaczęła się szerzyć na coraz większe obszary.
- Jak to? Drzewa chorują? – mówiłam już nie ze złością, ale z wielkim żalem w głosie – Co do tego doprowadziło?
- Wiele szkodników, które to wybierają sobie najdorodniejszy okaz, wchodzą do niego i powodują ogólne obumarcie organizmu. Do całkowitego ich wyplenienia potrzebna jest ścinka.
          Hmm… No tak, to by może i miało jakikolwiek sens, gdyby nie znowu jedno „ale” z mojej strony. Skoro to wszystko jest winą małych robaczków, to powiedzcie mi – Czemu to te wycięte pale leżą później odłogiem na ziemi? Pozostają one nietknięte przez wiele lat. Przez ten czas robią się spróchniałe i już w ogóle niezdatne do zużycia. Chyba, że w kwestii nawozu i ewentualnego podłoża do dalszego rozwoju roślin. Nie dość więc, że nie osiągamy celu pozbycia się pasożytów, to jeszcze nie wykorzystujemy drewna przydatnego dla ludzkich potrzeb. Jest to nawet niejakie zaproszenie ze strony społeczności, żeby ci niszczyciele mogli się przenieść na kolejne urokliwe drzewko. Będą się mnożyć i mnożyć, a drzewa ginąć. A my, gatunek teoretycznie inteligentny, mimowolnie na to pozwalamy, a nawet sami do tego prowadzimy. Potem zaś pozostanie tylko płacz, kiedy to będziemy umierać na własnoręcznie zrujnowanej Ziemi.
          Jedna osoba, będąca do tego jeszcze dzieckiem, nie może jednak wiele zmienić. Zawsze się słyszy z tego powodu dodatkowo niemiłe komentarze typu: „Ty się na tym nie znasz!” „Jeszcze jesteś do tego za mała”, „Zrozumiesz jak dorośniesz”. Chociaż mam wrażenie, że czasami osoby młodsze wiedzą o wiele więcej niż dorośli. Potrafią jeszcze patrzeć tymi innymi oczyma, nie tylko skierowanymi na zysk i pieniądze. Pragnę więc ludzi przynajmniej trochę uświadomić, że problem polskich lasów jest naprawdę poważny i powinno się na niego zwrócić nieco większą uwagę. Wiadomo – „Nie od razu Rzym zbudowano”, ale jeżeli powoli będziemy podejmować w tym celu pewne kroki, to w końcu osiągniemy należyty sukces i zarówno natura jak i ludzkość będzie z tego powodu zadowolona.


Marta


O spodniach i nie tylko.

Czy istnieje coś gorszego niż ograniczanie wolności człowieka? Czy człowiek, któremu pozwoli się na wszystko zacznie przekraczać granice moralności? Na żadne z tych pytań nie potrafię odpowiedzieć w pełni, jednak wiem, że w mniejszym lub większym stopniu ocierają się one o wymogi dotyczące ubioru w naszej szkole, tj. IV Liceum Ogólnokształcącym w Katowicach.
Do przemyśleń na ten temat zostałem skłoniony niedawno, kiedy to poinformowano mnie, iż przychodzenie do szkoły w postrzępionych spodniach jest niewskazane. Wydaje mi się to lekko niesprawiedliwe, ponieważ uczniowie naszej szkoły mają w tym momencie ograniczoną możliwość podążania za modą, która bez wątpienia jest dla niektórych bardzo istotna. A czy dziurawe jeansy kogoś w jakiś sposób urażają? Czy wpływają negatywnie na postrzeganie naszej szkoły? Otóż moim zdaniem nie… Za to wiem, co mogłoby spowodować powyższe sytuacje, ba… nawet już niejednokrotnie to uczyniło... To pentagram. Symbol szatana, wyśmianie Baranka Bożego.

W ten sam dzień, w którym dowiedziałem się, jak bardzo niestosowne są spodnie z dziurami, zauważyłem na korytarzu dziewczynę w czarnej koszulce z czerwonym pentagramem na samym środku. Pomijając moje osobiste odczucia związane z wiarą oraz tą sytuacją, pomijając, czym kierowała się owa dziewczyna, kupując, a później zakładając taki element odzieży, chciałbym zwrócić uwagę na inny szczegół sytuacji, który zszokował mnie najbardziej: nikt, w żaden sposób nie zwrócił uwagi tej dziewczynie. Żaden z nauczycieli nie postanowił jej pouczyć, upomnieć, a członków naszego szanownego Grona Pedagogicznego minęła dość wielu. Nikt nie postanowił zadziałać nic w sprawie obrazy religii znacznej większości naszej szkoły, a sytuacji, w których inny uczeń był pouczany za dziurawe jeansy, czy krótkie spodenki widziałem multum, co jeszcze bardziej pogłębiło mój szok.
W moim mniemaniu w szkole powinna zostać wprowadzona większa swoboda ubioru. Jednak niech będzie to swoboda, która nie przekracza żadnych wartości moralnych.

                                                                                                          Uczeń klasy II




Maczek w Korezie 
 
17 i 18 grudnia uczniowie klas 1b1, 1d i 2d mieli okazję zobaczyć w Teatrze Korez „Scenariusz dla 3 aktorów” Bogusława Schaeffera.
 
 Oto relacja Julii Ziarnik z 1b1:
 
     Nie oczekując niczego nadzwyczajnego, traktując wyjście jako szanse na skrócone lekcje i zgrabnie nazwane przez jedną z polonistek „ odchamienie’’, udaliśmy się do Korezu.   
     Wybranie dogodnych miejsc, stopniowo zapełniająca się widownia i krótkie wprowadzenie do sztuki przez założyciela teatru i odtwórcę jednej z ról Mirosława Neinerta. Bez wyraźnego akcentu, rozpoczął się grany od lat w murach teartu spektakl. Aktorzy  szybko skupili na sobie uwagę wszystkich obecnych, która stopniowo narastała. Po pierwszych paru minutach, każdy z nas przeniósł się w zupełnie inny świat, zaczął interpretować oraz zauważać podobieństwa odgrywanych scen i własnych przeżyć. Sceny z łatwością rozbawiały publikę do łez. Świetna gra aktorska sprawiła, że 1,5h minęło w zatrważająco szybkim tempie. Zarówno uczniowie naszej klasy, jak i inni widzowie, podziękowali gromkimi brawami artystom za wspólnie spędzony czas. 
     Wychodząc z sali entuzjastycznie wymienialiśmy się odczuciami. Dzięki niepozornemu wyjściu ze szkoły, mieliśmy szanse na chwilę przerwy od codzienności. Nie tylko poprawiło nam to nastrój na resztę dnia, ale zaszczepiło w znacznej części z nas chęć do ponownego spotkania z różnorakimi inscenizacjami. Jako subiektywny akcent mogę tylko dodać, że powszechne alternatywy dla spektakli nie mogą się równać z niezwykłym klimatem, który zapewnia nam teatr.



„BYŁ JEDNYM Z NIEWIELU...”
Agnieszka Biela - klasa 3d

„Zawsze. Dla was zawsze będę śpiewał. Do końca…”

Muzyka zespołu Dżem towarzyszy mi od najmłodszych lat. Jest nie tylko formą wyciszenia czy ucieczki od problemów, lecz jednocześnie czymś więcej. Ważną cząstką życia. Odkąd w dzieciństwie, dzięki rodzicom, poznałam muzykę Ryśka Ridla, nie rozstaję się z nią ani na chwilę. Nie jest jak popularne „kawałki” grane w stacjach radiowych, które po sezonie ustępują miejsca innym- nowszym. Ta muzyka jest nieśmiertelna, towarzyszy mi nieustannie. Myślę, że każdy rozdział swojego życia mogłabym zatytułować fragmentami poszczególnych piosenek Ridla. Z tą myślą postanowiłam wybrać się razem z rodzicami na spektakl wystawiany w teatrze im. Stanisława Wyspiańskiego pt. „Skazany na bluesa” w reżyserii Arkadiusza Jakubika. Sztuka, będąca adaptacją filmu o tym samym tytule, w niebanalny sposób przedstawiła postać Ryśka Ridla- od nieśmiałego młodzieńca proszącego o chodzenie z Golą przez jej koleżankę, poprzez sławę bycia frontmanem zespołu Dżem, wszystkie aspekty powolnego staczania się przez narkotyki, aż do smutnej śmierci.


„I znów przed życiem, przed życiem pęknie strach. Twój strach, twój strach, twój strach. Który cię zmusza, aby ćpać”

            Maciej Lipina -odtwórca głównej roli- musiał zmierzyć się z nie lada wyzwaniem- ukazaniem, co się działo w głowie Ridla, kiedy śpiewał. Wszystko znikało- zostawał tylko on i muzyka jako jedność. Nic innego się nie liczyło. Scenografia w wybitny sposób przedstawiła sposób funkcjonowania umysłu artysty. Proces tworzenia był ucieczką od rzeczywistości, przelania całego siebie na papier, dlatego teksty piosenek są tak prawdziwe- zawierają uczucia realnej, wrażliwej istoty. Aktor musiał pokazać, jak muzyka wpływa na człowieka, ile wnosi w życie, jak staje się kotwicą, ostoją, przyczynkiem utrzymującym przy życiu, zmuszającym do bycia. Kiedy już tego zaczęło brakować, pojawiły się narkotyki. Element niszczący nie tylko Ridla. Ćpanie zabijało po kolei wszystkich najbliższych artysty. Jedną z niewielu osób przysięgłych sobie walkę była jego żona, która obiecała mężowi nieustanne trwanie w zamian prosząc tylko o jedno: „muszę czuć, że mnie kochasz”. Potęga miłości Goli dawała artyście siłę na kolejne dni, by wyjść na scenę i oddać się publiczności. Ridel wierzył, że dopóki sztuka potrafi wprowadzić go i jego odbiorców w wyjątkowy stan, jest warta celebracji, nie poddawania się, kontynuowania pracy.


„Poprzez łąki majowe przez gęsty las, nad strzechami wsi, nad dachami miast w poprzek tęczy utkanej jak korowód dnia leci muza, skrzydła ma”

            Istotnym elementem spektaklu była muzyka „Dżemu” wykonywana przez zespół Ścigani, którego piosenkarzem jest na co dzień Maciej Lipina. Odtwórca głównej roli, interpretując na własną potrzebę teksty Ridla, dotarł do serc publiczności do tego stopnia, że po opadnięciu kurtyny domagano się kolejnych piosenek. Zespół w odpowiedzi zaczął grać, a cała sala śpiewała oddając hołd Ridlowi. Sztuka teatralna zmieniła się w koncert bluesowy, a ludzie, wychodząc, uśmiechali się z łzą kręcącą się w oku.

„Zawsze warto być człowiekiem, choć tak łatwo zejść na psy”

            Warsztat aktorski w sztuce był na naprawdę wysokim poziomie. Można było zauważyć, że odtwórcy ról wręcz bawili się na scenie. Elementem humorystycznym był moment, kiedy na sali zadzwonił telefon, a aktor grający Indianera (Dariusz Chojnacki) mówiąc o kobietach, wplótł w swoją kwestię zdanie: „kobiety są jak telefony, nie da się ich wyłączyć”, na co jego rozmówca próbował namówić go na ucieczkę w miejsce, gdzie „nie ma zasięgu”.


„Zawsze mówiłeś: nie przejmuj się! Miłość to bzdura a życie- naiwna gra”

            Reżyser, umieszczając  w sztuce niejednoznaczne sceny oraz postacie, takie jak: stara święta z wózkiem sklepowym, niebieski Budda, górnicy czy karzeł- siłacz zostawił wiele swobody interpretacyjnej odbiorcom. Nadał jej głębi, innego wymiaru, poprzez ukazanie postaci Ridla na tle trudnej historii Górnego Śląska. Także Anioł, grany przez Wojciecha Żaka, towarzyszący muzykowi, był postacią symboliczną. Tańczył, kiedy Ridel śpiewał, dał mu muszelkę, by bohater podarował ją ukochanej na przeprosiny i umierał, ilekroć artysta uciekał w ramiona nałogu.


„Puste kieszenie i torba pełna snów. Oto malarz dziwny, który bywał tu. Wszyscy go znali, wiedzieli o tym, że duszę swą zaprzedał światu, pędzi stu”

            Mówią, że Ridel to „ładnie” śpiewający narkoman, który całkowicie podporządkował swoje życie nałogowi. Jednak, wsłuchując się w jego muzykę, nie trudno jest „coś” poczuć. Odnaleźć siebie, prawdę o życiu, swoje problemy, troski, cierpienia, rozdarcie oraz miłość. Czy stwierdzenie, że jego niezaprzeczalny talent był jedynie wynikiem emocji płynących z brania narkotyków, nie jest mylne? Odpowiedź na to pytanie jest bardzo trudna, jednak ogrom ludzi utożsamiających się z jego muzyką, wierzących w teksty piosenek, tęskniących na „hipisem dzisiejszych czasów” jest niepodważalnym dowodem na geniusz Ridla. Spektakl ukazuje również inną przyczynę stoczenia się piosenkarza. Jest nią przyjaźń z Indianerem- jedynym człowiekiem w pełni rozumiejącym artystę. Reżyser zrzucił odpowiedzialność postępowania  Ridla na ramiona owego przyjaciela- w pełni nim sterującym. Warto zastanowić się, czy tragiczne życie artysty nie było efektem tego, iż wiele ludzi próbowało go wykorzystać- przyjaciel nie chciał się nim z nikim dzielić, wytwórcom zależało jedynie na pieniądzach, które dzięki niemu mogli zarobić. Wrażliwość artysty zderzona z czasami komunizmu, przerastała go, realia codzienności przytłoczyły go do tego stopnia, iż zmuszony był uciekać. Niestety wybrał zgubną drogę…


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz