Smaczki Maczka



 Józef Zwierzyński -ostatni maczkowiec
wspomnienia żony...


Rozmawialiśmy z Panią  Zofią Zwierzyńską, wdową po zmarłym kpt. Józefie Zwierzyńskim, który walczył u boku gen. Stanisława Maczka podczas II Wojny Światowej. Przedstawiamy fragmenty tej rozmowy...

 

Jak poznała Pani męża?
Byłam sekretarzem w zakładzie Mechanizacji i Automatyzacji Górnictwa, tam poznałam właśnie mojego męża, który był dyrektorem ekonomicznym i muszę  przyznać, że na początku mi się nie podobał, może dlatego że ja byłam inaczej wychowana.

Jak mąż dostał się do wojska?
Młodzi chłopcy po maturze, którzy szykowali się na studia wyjechali do Francji właśnie pod pretekstem kontynuowania nauki. Tam mój mąż dołączył, wraz ze swoim przyjacielem, do armii. W ich przypadku była to brygada pancerna gen. Maczka.

Proszę opowiedzieć jak mąż wspominał gen. Maczka.
Mówili na niego „Baca”. Stosunki między żołnierzami były takie jak to w wojsku. Bardzo konkretne, ale przepełnione przede wszystkim przyjaźnią. Maczek to był dowódca szanujący dyscyplinę, potrafił zebrać wszystkich w garść.

Czy mąż miał kontakt z gen. Maczkiem po wojnie?
Nie. Maczek zmarł w 1994 roku, a po wojnie zamieszkał w Szkocji w Edynburgu. Nie było możliwości utrzymywania z nim kontaktu, a tym bardziej, że po wojnie prześladowano weteranów. Mojego męża posądzali o służbę u Andersa, ale to był przecież Maczkowiec.

Jak mąż znalazł się na Śląsku w Katowicach?
Po wojnie Józef wrócił do Krakowa, swojego rodzinnego miasta. Po jakimś czasie służby komunistyczne wpadły na trop męża i dlatego właśnie przeniósł się do Katowic, gdzie znalazł pracę.


Jakimi orderami i tytułami mąż został uhonorowany?

Był honorowym obywatelem miasta Bredy, weteranem jej Królewskiej Mości, posiadał odznaczenia Francji, Belgii, Holandii oraz Anglii. Uhonorowany był również wieloma orderami polskimi.

Jakim człowiekiem był Pan Józef?
Był to człowiek „żywa historia”. Zawsze grzeczny, kulturalny i taktowny, a jak opowiadał.... Zawsze był samodzielny i pełen szacunku. Poza tym był czynnym członkiem koła zrzeszającego żołnierzy Maczka. To On starał się o to, aby ta szkoła otrzymała imię Generała.  Chętnie opowiadał i przekazywał tę wojenną legendę. Uczestniczył w wielu uroczystościach związanych z 1. Polską Dywizją Pancerną. Miał swoje charakterystyczne żarty. Emanował swoją mądrością i oczytaniem.

Jest Pani dumna z męża?
Bardzo. Jestem dumna z człowieka, który coś w życiu zrobił i pozostawił. Wiedza i wrodzona kultura to prawdziwa wartość.



 Maczek w Korezie 
 
17 i 18 grudnia uczniowie klas 1b1, 1d i 2d mieli okazję zobaczyć w Teatrze Korez „Scenariusz dla 3 aktorów” Bogusława Schaeffera.
 
 Oto relacja Julii Ziarnik z 1b1:
 
     Nie oczekując niczego nadzwyczajnego, traktując wyjście jako szanse na skrócone lekcje i zgrabnie nazwane przez jedną z polonistek „ odchamienie’’, udaliśmy się do Korezu.   
     Wybranie dogodnych miejsc, stopniowo zapełniająca się widownia i krótkie wprowadzenie do sztuki przez założyciela teatru i odtwórcę jednej z ról Mirosława Neinerta. Bez wyraźnego akcentu, rozpoczął się grany od lat w murach teartu spektakl. Aktorzy  szybko skupili na sobie uwagę wszystkich obecnych, która stopniowo narastała. Po pierwszych paru minutach, każdy z nas przeniósł się w zupełnie inny świat, zaczął interpretować oraz zauważać podobieństwa odgrywanych scen i własnych przeżyć. Sceny z łatwością rozbawiały publikę do łez. Świetna gra aktorska sprawiła, że 1,5h minęło w zatrważająco szybkim tempie. Zarówno uczniowie naszej klasy, jak i inni widzowie, podziękowali gromkimi brawami artystom za wspólnie spędzony czas. 
     Wychodząc z sali entuzjastycznie wymienialiśmy się odczuciami. Dzięki niepozornemu wyjściu ze szkoły, mieliśmy szanse na chwilę przerwy od codzienności. Nie tylko poprawiło nam to nastrój na resztę dnia, ale zaszczepiło w znacznej części z nas chęć do ponownego spotkania z różnorakimi inscenizacjami. Jako subiektywny akcent mogę tylko dodać, że powszechne alternatywy dla spektakli nie mogą się równać z niezwykłym klimatem, który zapewnia nam teatr.







„BYŁ JEDNYM Z NIEWIELU...”
Agnieszka Biela - klasa 3d

„Zawsze. Dla was zawsze będę śpiewał. Do końca…”

Muzyka zespołu Dżem towarzyszy mi od najmłodszych lat. Jest nie tylko formą wyciszenia czy ucieczki od problemów, lecz jednocześnie czymś więcej. Ważną cząstką życia. Odkąd w dzieciństwie, dzięki rodzicom, poznałam muzykę Ryśka Ridla, nie rozstaję się z nią ani na chwilę. Nie jest jak popularne „kawałki” grane w stacjach radiowych, które po sezonie ustępują miejsca innym- nowszym. Ta muzyka jest nieśmiertelna, towarzyszy mi nieustannie. Myślę, że każdy rozdział swojego życia mogłabym zatytułować fragmentami poszczególnych piosenek Ridla. Z tą myślą postanowiłam wybrać się razem z rodzicami na spektakl wystawiany w teatrze im. Stanisława Wyspiańskiego pt. „Skazany na bluesa” w reżyserii Arkadiusza Jakubika. Sztuka, będąca adaptacją filmu o tym samym tytule, w niebanalny sposób przedstawiła postać Ryśka Ridla- od nieśmiałego młodzieńca proszącego o chodzenie z Golą przez jej koleżankę, poprzez sławę bycia frontmanem zespołu Dżem, wszystkie aspekty powolnego staczania się przez narkotyki, aż do smutnej śmierci.


„I znów przed życiem, przed życiem pęknie strach. Twój strach, twój strach, twój strach. Który cię zmusza, aby ćpać”

            Maciej Lipina -odtwórca głównej roli- musiał zmierzyć się z nie lada wyzwaniem- ukazaniem, co się działo w głowie Ridla, kiedy śpiewał. Wszystko znikało- zostawał tylko on i muzyka jako jedność. Nic innego się nie liczyło. Scenografia w wybitny sposób przedstawiła sposób funkcjonowania umysłu artysty. Proces tworzenia był ucieczką od rzeczywistości, przelania całego siebie na papier, dlatego teksty piosenek są tak prawdziwe- zawierają uczucia realnej, wrażliwej istoty. Aktor musiał pokazać, jak muzyka wpływa na człowieka, ile wnosi w życie, jak staje się kotwicą, ostoją, przyczynkiem utrzymującym przy życiu, zmuszającym do bycia. Kiedy już tego zaczęło brakować, pojawiły się narkotyki. Element niszczący nie tylko Ridla. Ćpanie zabijało po kolei wszystkich najbliższych artysty. Jedną z niewielu osób przysięgłych sobie walkę była jego żona, która obiecała mężowi nieustanne trwanie w zamian prosząc tylko o jedno: „muszę czuć, że mnie kochasz”. Potęga miłości Goli dawała artyście siłę na kolejne dni, by wyjść na scenę i oddać się publiczności. Ridel wierzył, że dopóki sztuka potrafi wprowadzić go i jego odbiorców w wyjątkowy stan, jest warta celebracji, nie poddawania się, kontynuowania pracy.


„Poprzez łąki majowe przez gęsty las, nad strzechami wsi, nad dachami miast w poprzek tęczy utkanej jak korowód dnia leci muza, skrzydła ma”

            Istotnym elementem spektaklu była muzyka „Dżemu” wykonywana przez zespół Ścigani, którego piosenkarzem jest na co dzień Maciej Lipina. Odtwórca głównej roli, interpretując na własną potrzebę teksty Ridla, dotarł do serc publiczności do tego stopnia, że po opadnięciu kurtyny domagano się kolejnych piosenek. Zespół w odpowiedzi zaczął grać, a cała sala śpiewała oddając hołd Ridlowi. Sztuka teatralna zmieniła się w koncert bluesowy, a ludzie, wychodząc, uśmiechali się z łzą kręcącą się w oku.

„Zawsze warto być człowiekiem, choć tak łatwo zejść na psy”

            Warsztat aktorski w sztuce był na naprawdę wysokim poziomie. Można było zauważyć, że odtwórcy ról wręcz bawili się na scenie. Elementem humorystycznym był moment, kiedy na sali zadzwonił telefon, a aktor grający Indianera (Dariusz Chojnacki) mówiąc o kobietach, wplótł w swoją kwestię zdanie: „kobiety są jak telefony, nie da się ich wyłączyć”, na co jego rozmówca próbował namówić go na ucieczkę w miejsce, gdzie „nie ma zasięgu”.


„Zawsze mówiłeś: nie przejmuj się! Miłość to bzdura a życie- naiwna gra”

            Reżyser, umieszczając  w sztuce niejednoznaczne sceny oraz postacie, takie jak: stara święta z wózkiem sklepowym, niebieski Budda, górnicy czy karzeł- siłacz zostawił wiele swobody interpretacyjnej odbiorcom. Nadał jej głębi, innego wymiaru, poprzez ukazanie postaci Ridla na tle trudnej historii Górnego Śląska. Także Anioł, grany przez Wojciecha Żaka, towarzyszący muzykowi, był postacią symboliczną. Tańczył, kiedy Ridel śpiewał, dał mu muszelkę, by bohater podarował ją ukochanej na przeprosiny i umierał, ilekroć artysta uciekał w ramiona nałogu.


„Puste kieszenie i torba pełna snów. Oto malarz dziwny, który bywał tu. Wszyscy go znali, wiedzieli o tym, że duszę swą zaprzedał światu, pędzi stu”

            Mówią, że Ridel to „ładnie” śpiewający narkoman, który całkowicie podporządkował swoje życie nałogowi. Jednak, wsłuchując się w jego muzykę, nie trudno jest „coś” poczuć. Odnaleźć siebie, prawdę o życiu, swoje problemy, troski, cierpienia, rozdarcie oraz miłość. Czy stwierdzenie, że jego niezaprzeczalny talent był jedynie wynikiem emocji płynących z brania narkotyków, nie jest mylne? Odpowiedź na to pytanie jest bardzo trudna, jednak ogrom ludzi utożsamiających się z jego muzyką, wierzących w teksty piosenek, tęskniących na „hipisem dzisiejszych czasów” jest niepodważalnym dowodem na geniusz Ridla. Spektakl ukazuje również inną przyczynę stoczenia się piosenkarza. Jest nią przyjaźń z Indianerem- jedynym człowiekiem w pełni rozumiejącym artystę. Reżyser zrzucił odpowiedzialność postępowania  Ridla na ramiona owego przyjaciela- w pełni nim sterującym. Warto zastanowić się, czy tragiczne życie artysty nie było efektem tego, iż wiele ludzi próbowało go wykorzystać- przyjaciel nie chciał się nim z nikim dzielić, wytwórcom zależało jedynie na pieniądzach, które dzięki niemu mogli zarobić. Wrażliwość artysty zderzona z czasami komunizmu, przerastała go, realia codzienności przytłoczyły go do tego stopnia, iż zmuszony był uciekać. Niestety wybrał zgubną drogę…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz